AKT I: TRZEWIA PADLINY
„Padlina” nie płynęła – ona zdychała na falach. Każde uderzenie sztormu o burtę brzmiało jak pękanie żeber olbrzyma, a woda wdzierająca się przez nieszczelne poszycie mieszała się z szambem, które załoga nazywała zupą. Nad nimi niebo rzygało gęstą, lodowatą solą, a tutaj, w trzewiach statku, czas stanął w miejscu. Śmierdziało starą krwią, zjełczałym tłuszczem i strachem tak gęstym, że można by go kroić nożem.
Silas splunął na mokre deski pokładu. Ciemna flegma natychmiast rozpłynęła się w brudnej wodzie. Przed nim, przykuty do masywnego, dębowego filaru, wisiał chuderlawy szczur lądowy. Gość miał na sobie resztki jedwabnej koszuli, teraz poszarpanej i lepkiej od potu.
— Powiedz mi, ścierwo… — Silas wychrypiał, a jego głos brzmiał jak tarcie dwóch głazów o siebie. — Gdzie ten skurwiel Czarnobrody trzyma swoją flotę? Gdzie on się chowa przed gniewem, który mu niosę?
Więzień uniósł głowę. Z rozbitej wargi sączyła się strużka krwi. — Nie… nie wiem. Przysięgam na…
— Nie przysięgaj na bogów, których zaraz spotkasz — przerwał Silas i powolnym ruchem odsunął skórzaną opaskę z lewego oka.
To nie była gałka oczna. To była źrenica samej otchłani. Skrystalizowana, żółć bóstwa pulsowała w oczodole, emitując słabe, chorobliwe światło. Kiedy Silas otworzył powiekę, świat noir przestał być tylko cieniem i deszczem. Widział teraz wnętrzności nieszczęśnika, widział jak jego serce kurczy się w panicznym skurczu, a nitki kłamstwa wiją się wokół jego gardła jak tłuste, czarne robaki.
— Kłamiesz — szepnął Silas, sięgając po zardzewiały hak rzeźniczy wiszący u pasa. — Twoja krew śmierdzi lękiem, mały gnoju. A wiesz, co moje oko robi z kłamcami? Ono ich trawi, zanim jeszcze zdechną.
Silas podszedł bliżej. Chwycił hak i bez ostrzeżenia wbił go pod obojczyk więźnia. Chrupnięcie kości było najprzyjemniejszym dźwiękiem, jaki usłyszał tego dnia. Jeniec zawył, a z rany trysnęła ciemna, niemal czarna posoka, która w świetle Źrenicy Otchłani zdawała się żyć własnym życiem.
— Jeszcze raz — warknął Silas, nachylając się tak blisko, że czuł oddech tamtego. — Gdzie jest Czarnobrody? Mówią, że to demon, że jego broda płonie w ogniu piekieł. Chcę wiedzieć, w której zatoce go dopadnę, żeby zaszlachtować go jak wieprza i patrzeć, jak ten piekielny żar gaśnie w jego własnej, śmierdzącej kajucie. Jeśli nie zaczniesz śpiewać, sprawię, że twoje flaki staną się częścią tej łajby. Dosłownie. „Padlina” zawsze potrzebuje nowej izolacji.
Z lewego oka Silasa wypłynęła gęsta, czarna łza. Kiedy upadła na gołą skórę uda jeńca, ta natychmiast zaczęła syczeć i dymić, jakby polana kwasem. Krzyk, który wyrwał się z gardła torturowanego, zagłuszył na chwilę ryk sztormu na górze.
— Słona Jama! — wyharchał jeniec, dławiąc się własną krwią. — On… on tam jest! Ukrył „Czarnego Lewiatana” za mgłami przy Wyspie Wisielców! Czeka na koniunkcję, żeby… żeby złożyć ofiarę!
Silas nie czekał na resztę. Jednym krótkim, fachowym cięciem haka rozorał gardło więźnia. Dźwięk uciekającego powietrza wymieszanego z bulgotem krwi był dla niego jedyną modlitwą, jaką znał. Puścił trupa, który osunął się ciężko wzdłuż filaru, aż napięte więzy zatrzymały go z nogami broczącymi w gęstej, krwawej brei. Silas odwrócił się gwałtownie.
W progu ładowni stał Malakai. Pierwszy oficer, menda o twarzy pooranej przez ospę i spojrzeniu, które zawsze szukało drogi ucieczki. Ściskał w dłoniach zakrwawioną szmatę, niby to czyszcząc rdzę z noża.
— Słyszałeś? — zapytał Silas, zasłaniając przeklęte oko opaską. Ból po użyciu artefaktu był pulsujący, jakby ktoś wbijał mu igły prosto w mózg.
— Słyszałem, kapitanie — Malakai wyszczerzył żółte zęby w uśmiechu. — Słona Jama. To kurewskie miejsce. Nawet rekiny omijają je szerokim łukiem. Może lepiej tam nie płynąć?
Silas podszedł do niego, ignorując smród potu i taniego rumu bijący od podwładnego. Uniósł na moment krawędź opaski. Przez ułamek sekundy zobaczył Malakaia nie jako człowieka, ale jako kłębowisko czarnych żmij wijących się pod skórą. Zdrada. Śmierdziała jak zgnilizna, którą Silas znał aż nazbyt dobrze.
— Płyniemy — rzucił krótko, popychając Malakaia w stronę schodni. — A jeśli spróbujesz skręcić ster choć o stopień, własnoręcznie wyjmę ci kręgosłup przez gardło. Na górę, psubracie. Morze wzywa.
AKT II: SZALEŃSTWO POSEJDONA
Kiedy Silas szedł przez pokład, uderzył w niego mur lodowatej wody i ryk, który nie należał do wiatru. To był skowyt oceanu, który próbował połknąć „Padlinę” w całości. Deszcz był tak gęsty, że widzialność kończyła się na końcach palców wyciągniętej dłoni. Każda kropla smagała skórę jak ołowiany śrut, zostawiając na policzkach piekące, słone pręgi.
Na pokładzie panował kontrolowany obłęd. Marynarze – cienie ludzi o twarzach żółtych od szkorbutu i oczach sczerniałych z niewyspania – czepiali się lin jak pająki. Kadłub trzeszczał pod naporem fal wysokich na dwa piętra. Ocean wokół nich nie był błękitny ani zielony. Był czarny jak rozlana ropa, a grzywy fal przypominały wyszczerzone, białe kły drapieżnika gotowego do skoku.
— Do żagli, wy kurewskie syny! — ryknął Silas, wchodząc na mostek. — Kurs na Wyspę Wisielców! Kto puści linę, ten nakarmi kraby!
Chwycił za ster. Drewno pod jego dłońmi było śliskie, tłuste od morskiej mazi, która przypominała śluz gigantycznego ślimaka. Przez moment, mimo opaski, poczuł, jak Źrenica Otchłani wibruje pod powieką, odpowiadając na pulsowanie czegoś, co czaiło się głęboko pod kilem. Spojrzał w stronę kompasu. Igła nie wskazywała północy. Kręciła się wściekle, jakby oszalała, a potem nagle zastygła, celując prosto w serce ciemności przed nimi.
Zauważył to od razu. Przy zawiasach mosiężnej obudowy lśniła świeża rysa, a pod spodem tkwił mały, czarny magnes. Ktoś bardzo nie chciał, żeby dotarli do Słonej Jamy. Ktoś prowadził ich prosto w gardło głodu.
Silas zerknął na dół, gdzie Malakai mocował się z pompą. Widział plecy zdrajcy, czuł smród jego strachu przebijający się przez sól i deszcz. Mógłby zejść tam i rozbić mu czaszkę o burtę. Ale tylko zacisnął palce na sterze, aż zbielały mu knykcie. Chciał widzieć, dokąd ta żmija go zaprowadzi i komu obiecała jego głowę.
Nagle statek nie tylko się zakołysał – on jęknął. Od spodu, w sam środek stępki, uderzyło coś potężnego. To nie była fala. To było tępe, mięsiste uderzenie, od którego zęby Silasa zadzwoniły o siebie. „Padlina” na moment uniosła się nad wodę, a potem runęła w dół z siłą, która powinna rozerwać wręgi na drzazgi.
W ciemnej toni pod burtą coś błysnęło. Coś wielkiego, bladego i nieludzkiego. Silas poczuł, jak Źrenica pod opaską zaczyna płonąć. Posejdon nie był bogiem, którego prosi się o litość. Posejdon był głodem, który przyszedł odebrać należność.
— Kapitanie! — wrzasnął młody majtek, puszczając linę grota. Chłopak wskazał drżącą ręką na wodę.
Z czarnej toni wyłoniło się coś, co przypominało ludzką rękę, ale miało zbyt wiele stawów i było pokryte szarym, półprzezroczystym śluzem. Chwycił chłopaka za pas i jednym płynnym ruchem wciągnęło go w otchłań. Nie było nawet krzyku. Tylko mokre mlaśnięcie, gdy ocean zamknął się nad jego głową jak paszcza.
Silas nawet nie drgnął. Patrzył prosto na Malakaia, który z pobladłą twarzą wpatrywał się w pustkę po dzieciaku.
Walka z żywiołem trwała godzinami, aż w końcu sztorm nie zelżał – on po prostu zniknął, jakby ktoś zdmuchnął świecę. W jednej chwili „Padlina” wypłynęła z piekła wprost w oko cyklonu. Wiatr ucichł, a czarne chmury rozstąpiły się, tworząc idealny, błękitny krąg nieba, z którego lało się palące słońce. Morze stało się gładkie jak lustro, a jedynym dźwiękiem było kapanie wody z podartych żagli.
Na środku tego nienaturalnego spokoju unosiła się mała, piaszczysta wysepka. Nie było na niej nic poza kilkoma palmami i… kobietami. Siedziały na brzegu, czesząc długie, lśniące włosy. Ich śpiew był cichy, ale w tej martwej ciszy wwiercał się w uszy jak słodka trucizna.
Silas, wykończony walką ze sterem i bólem oka, zdołał jedynie doczołgać się do swojej kajuty. Padł na koję, śmierdząc rumem i potem, i natychmiast stracił przytomność. Śniło mu się morze krwi i Czarnobrody, który śmiał się głosem Malakaia.
Obudziła go cisza. Nie ta spokojna, ale ta, która zwiastuje śmierć. Cisza, w której słychać bicie własnego serca. Wstał gwałtownie, chwytając za kordelas. Coś było nie tak. Na pokładzie nie było słychać kroków, nie było rozmów.
Wypadł na zewnątrz. Słońce wciąż paliło, ale wysepka była teraz znacznie bliżej. Zbyt blisko. Kilku marynarzy stało przy burcie, wpatrzonych w kobiety jak w obrazek. Ich twarze były puste, pozbawione wyrazu.
— Co wy robicie, do kurwy nędzy?! — ryknął Silas, ale jego głos wydawał się słaby w tym gęstym powietrzu.
Jeden z marynarzy, stary wyga imieniem Jory, odwrócił się powoli. Jego oczy były mlecznobiałe, jak u ślepca.
— One nas wołają, kapitanie… — wyseplenił, a z kącika jego ust pociekła ślina. — Są takie piękne…
Silas spojrzał na wyspę. Kobiety przestały śpiewać. Wstały. Ich ruchy były teraz inne – gwałtowne, szarpane. Skóra, która z daleka wydawała się gładka i opalona, z bliska była szara, pokryta łuską i wrzodami. Ich włosy nie były włosami, ale kłębowiskiem cienkich, wijących się macek.
— To nie są kobiety! — wrzasnął Silas, unosząc opaskę. Źrenica Otchłani zapłonęła, pokazując mu prawdę. To, co stało na brzegu, to były potwory z najgłębszych koszmarów. Ich twarze były maskami bólu i głodu, a z ust wystawały rzędy ostrych jak igły zębów.
— Do broni! To syreny! Zatkajcie uszy! — krzyknął, ale było już za późno.
Stwory rzuciły się do wody. Płynęły z nieludzką prędkością, a ich ciała w wodzie zmieniały się, stając się bardziej rybimi drapieżnikami. Pierwsza z nich wyskoczyła z wody, lądując na pokładzie z mokrym plaśnięciem. Jej pazury, długie i zakrzywione jak sierpy, rozorały pierś Jory’ego, zanim ten zdążył w ogóle unieść nóż.
Rozpętało się piekło. Marynarze, wyrwani z transu, walczyli o życie, ale byli słabi i zdezorientowani. Syreny były szybkie i bezlitosne. Jedna z bestii, o twarzy przypominającej zgniłą czaszkę, skoczyła prosto na Silasa. Jej oddech śmierdział rozkładem głębinowym i starym tranem. Silas uchylił się w ostatniej chwili, czując podmuch powietrza, gdy jej szpony przecięły tylko naramiennik jego kurtki.
Źrenica Otchłani pod opaską dawała o sobie znać tak mocno, że Silas widział świat w odcieniach chorej żółci. Widział każdą żyłę pod półprzezroczystą skórą potwora. Kiedy syrena przygotowywała się do kolejnego skoku, Silas nie czekał. Wyprowadził brutalny cios rzeźnickim hakiem, celując prosto w jej rozdziawioną paszczę.
Metal zgrzytnął o ostre zęby, łamiąc kilka z nich z suchym trzaskiem, po czym hak zagłębił się w miękkim podniebieniu i wyszedł oczodołem. Syrena wydała z siebie pisk, który rozdzierał bębenki. Silas szarpnął z całej siły, przyciągając drgające ścierwo do siebie. Wolną ręką chwycił kordelas i z furią zaczął rąbać w jej odsłonięty brzuch.
Ostrze wchodziło w miękkie podbrzusze jak w masło. Z rany buchnął fetor, od którego wykręcało żołądek, a na pokład wylała się masa ciemnych, parujących wnętrzności. Nie były czerwone – przypominały fioletową galaretę wymieszaną z czarnym szlamem. Syrena wciąż drgała, jej mackowate włosy owijały się wokół przedramienia Silasa, zostawiając na skórze piekące ślady, ale on nie przestawał. Ciął i rwał, aż w końcu jego dłoń zacisnęła się na czymś twardym i pulsującym. Jednym gwałtownym ruchem wyrwał jej serce – czarny, obrośnięty naroślami organ, który wciąż bił w jego zakrwawionej garści.
Odrzucił truchło na bok. Silas splunął na dogorywającą bestię, a potem rozejrzał się po pokładzie. Widział, jak inna z bestii wciąga pod wodę kolejnego żeglarza, a woda wokół nich zabarwia się na karmazynowo. Pozostali marynarze rąbali macki i szpony, brocząc w śluzie, który sprawiał, że pokład stał się śliski jak rzeźnia.
Walka trwała krótko, ale była brutalna. Kiedy ostatnia z syren, z odrąbanym ramieniem, uciekła z powrotem do morza, na pokładzie „Padliny” zostało pięciu ludzi i kałuże krwi, które szybko wysychały w słońcu.
Silas oparł się o burtę, ciężko oddychając. Spojrzał na horyzont. Tam, gdzie kończył się błękitny krąg nieba, znów zbierały się czarne chmury.
— To nie był raj — wycharczał, wycierając krew i szlam z kordelasa o spodnie. — To był przedsionek piekła. Jesteśmy blisko. Wyspa Wisielców już na nas czeka.
Zatoka, w którą wpłynęli, nie miała w sobie nic z wody. Była gęstą, szarą zupą, w której dryfowały setki wraków. Połamane maszty wystawały z mgły, a kadłuby statków z minionych wieków zderzały się ze sobą z głuchym, drewnianym stukotem. Smród był obezwładniający – gnicie, stara sól i coś, co przypominało zapach spalonego mięsa.
— Trzymać kurs! — ryknął Silas, choć „Padlina” ledwo przeciskała się między szczątkami galeonów.
Nagle mgła zgęstniała. Z wnętrza wraków zaczęły wyłaniać się sylwetki. To nie były duchy z legend – przezroczyste i eteryczne. To były upiory, których ciała nie chciały przestać gnić. Skóra wisiała na nich płatami, odsłaniając poczerniałe mięśnie, a ich oczy świeciły tym samym chorobliwym, żółtym światłem, co Źrenica Silasa. Niektórzy wisieli na rejach, z pętlami zaciśniętymi na krtaniach, ich stopy drgały w rytm fal, choć od dawna powinni być pyłem.
Jeden z upiorów, o twarzy tak zniekształconej, że nos był tylko dziurą w czaszce, wspiął się na burtę „Padliny”. Jego pazury, żółte i długie jak u pancernika olbrzymiego, zostawiły głębokie bruzdy w drewnie. Wydał z siebie charkot, który brzmiał jak wylewana z gardła ropa.
— Patrzcie na nich… — szepnął Silas, unosząc opaskę. Przez artefakt widział ich nie jako martwych ludzi, ale jako wiecznie głodne cienie przykute do tej morskiej mogiły. — To są trupy, które zapomniały jak zdechnąć.
Upiór skoczył, ale Silas był szybszy. Hak uderzył potwora prosto w klatkę piersiową, przebijając zgniłe żebra. Nie było krwi. Tylko suchy trzask i szary pył, który sypał się z rany. Silas szarpnął, rozrywając upiora na pół, a jego wnętrzności – wyschnięte i czarne jak węgiel – rozsypały się po pokładzie.
— Słuchajcie mnie, wy gnijące ścierwa! — Silas wrzasnął w stronę mgły, z której wyłaniały się kolejne dziesiątki potworów. — Szukam Czarnobrodego! Kto mi wejdzie w drogę, skończy jako karma dla moich demonów!
W odpowiedzi z cmentarzyska statków dobiegł zbiorowy, gardłowy pisk. Upiory zaczęły wylewać się z wraków, pełznąc po linach i skacząc z rej. Powietrze wypełniło się dźwiękiem drapania pazurów o drewno i szczękiem zębów.
Sama Wyspa Wisielców nie była lądem, lecz monumentalnym kopcem ułożonym z trupich kadłubów i skamieniałych kości lewiatanów, spojonych czarnym, zastygłym szlamem. Na samym szczycie tej gnilnej piramidy, niczym wyciągnięty, oskarżycielski palec wymierzony w niebo, sterczała potężna szubienica ulepiona z pogruchotanych masztów floty królewskiej. U jej stóp, w głębokim, naturalnym doku wyrzeźbionym przez wieki w martwym mięsie oceanu, spoczywał On. „Czarny Lewiatan”. Okręt tak ogromny, że zasłaniał horyzont, czarny jak sama noc, z żaglami, które zdawały się być utkane z dymu i szeptów potępieńców.
— Jesteśmy na miejscu — warknął Silas, rzucając kordelasem w nadbiegającego upiora i wbijając mu ostrze prosto w pusty oczodół. — Przygotować się na abordaż do samego piekła.
„Padlina” uderzyła w burtę „Czarnego Lewiatana” z siłą, która wyrzuciłaby słabszego człowieka za burtę. Huk pękającego drewna i zgrzyt skamieniałych kadłubów był tak ogłuszający, że na moment świat zgasł. Silas wbił palce w krawędź mostka, czując, jak wibracja uderzenia przechodzi przez jego kości jak prąd.
W tym samym ułamku sekundy, gdy statek jeszcze drżał od kolizji, z bocznego cienia wyłonił się Malakai. Nie biegł – on płynął w tym chaosie jak cień. W jego dłoni lśnił wąski, czarny sztylet, wysmarowany czymś, co nie odbijało światła. Malakai celował precyzyjnie: pod łopatkę Silasa, prosto w serce, w jedyny moment, gdy kapitan był zajęty walką o utrzymanie równowagi.
Ale Malakai zapomniał o jednym. Oko Silasa nie potrzebowało równowagi.
Źrenica Otchłani pod opaską rozgrzała się do białości, parząc Silasowi policzek. Widział Malakaia jeszcze zanim ten uniósł rękę – widział wibrację nienawiści w jego mięśniach, gęstą krew tętniącą w skroniach zdrajcy. Silas nie odwrócił się. Poczekał, aż ostrze znajdzie się cal od jego skóry.
W ostatniej chwili zrobił półobrót, pozwalając, by sztylet Malakaia przeszył tylko powietrze i kawałek skórzanego płaszcza. Silas chwycił nadgarstek pierwszego oficera z całych sił. Chrupnięcie łamanych kości Malakaia zlało się z piskiem upiorów.
— Skrytobójstwo? — wycharczał Silas, patrząc Malakaiowi prosto w pobladłe, rozbiegane oczy. — Myślałeś, że ten magnes ukryty w busoli wystarczy? Że te trupy cię wyręczą?
Malakai otworzył usta, by krzyknąć, ale Silas nie dał mu szansy. Kopnął go w brzuch, zginając wpół, a potem jednym ruchem haka przebił mu dłoń, przybijając ją do steru „Padliny”. Krzyk Malakaia był krótki i mokry.
— Zostaniesz tu i popatrzysz, jak patroszę twojego pana — warknął Silas, przybijając mu sztyletem drugą dłoń— Albo jak on patroszy mnie. Tak czy siak, zdechniesz ostatni.
AKT III: KONIUNKCJA I ZIARNO
Silas odwrócił się od wijącego się na sterze oficera i spojrzał na „Czarnego Lewiatana”. Pomiędzy statkami powstał most z połamanego takielunku i gnijących rej. Silas skoczył na burtę wrogiego giganta, czując pod stopami drewno, które pulsowało jak żywe mięso. Abordaż się zaczął.
Ku zdziwieniu Silasa, pokład „Czarnego Lewiatana” był pusty. Nie było tam ani jednego marynarza, ani jednej kropli świeżej krwi. Panowała tam martwa, nienaturalna cisza, którą przerywało jedynie skomlenie upiorów z cmentarzyska statków – te jednak, o dziwo, unikały wchodzenia na czarny kadłub, jakby bały się tego, co mieszka w środku. Silas i jego czterej pozostali przy życiu ludzie szli ostrożnie, mijając puste działa i liny, które wyglądały jak skamieniałe pęta.
Na końcu pokładu, tam gdzie powinien znajdować się mostek, zobaczyli pomost prowadzący bezpośrednio na klif Wyspy Wisielców. Prowadził prosto w paszczę ogromnej, ciemnej jaskini wydrążonej w trupiej skale.
— Idziemy — rzucił Silas, a jego Źrenica wibrowała tak mocno, że poczuł metaliczny posmak w ustach.
Przeszli przez absolutną ciemność tunelu, w której jedynym drogowskazem był blask jego oka. W końcu dotarli do wyjścia, za którym rozpościerała się wielka, okrągła grota. Nie miała sufitu – ogromna dziura w skale ukazywała bezchmurną noc. Gwiazdy i planety na niebie błyszczały nienaturalnym blaskiem, powoli układając się w starożytny, geometryczny wzór koniunkcji.
Przy ścianach groty, w całkowitym milczeniu, siedzieli marynarze „Czarnego Lewiatana”. Ich ciała były pokryte tatuażami, które zdawały się pełzać w świetle gwiazd. Pośrodku, na wielkim kamiennym piedestale, spoczywał „Czarnobrody”.
Nie był to demon, ani ryczący olbrzym. Na zimnym kamieniu leżała kobieta – Anne. Miała na sobie jedynie resztki jedwabnych szmat, podpierając się na rękach w pozycji, która emanowała drapieżnym spokojem. Miała zgięte nogi, a na jej twarzy błąkał się cień uśmiechu.
— Silas… — jej głos nie był ludzki. Brzmiał jak szept piasku na dnie oceanu. — Cienie mówiły, że przyjdziesz. Szepty wiatru obiecały mi twoje oko.
— Ty… — Silas wychrypiał, nie opuszczając haka. — Ty jesteś Czarnobrodym? Legenda mówi o potworze, o mężczyźnie z płonącą brodą…
Anne zaśmiała się cicho. Brzmiało to jak chrzęst łamanych muszli. Powolnym, prowokującym ruchem rozchyliła uda. Spod jej bioder wylały się długie, idealnie proste, kruczoczarne włosy łonowe, które sięgały niemal kolan, zasłaniając wszystko gęstą, lśniącą kurtyną.
— Ludzie widzą to, co chcą widzieć — szepnęła, patrząc mu prosto w Źrenicę Otchłani. — Nazywają mnie tak, bo boją się prawdy, która wyrasta z mojego łona. Czekaliśmy na ciebie, rzeźniku. To nie zemsta cię tu przywiodła, ale głód, którego sam nie rozumiesz.
— Gdzie jest reszta mojej załogi? Gdzie Malakai miał mnie doprowadzić? — Silas postąpił krok naprzód, czując, jak kamień pod jego stopami staje się lepki.
— Biedny, mały Silas. Myślisz, że Malakai cię zdradził? — Anne uniosła się lekko, jej ciało wygięło się w nienaturalny sposób, odsłaniając rzędy drobnych, ostrych nacięć na żebrach. — On był moim akuszerem. Każda rana, którą ci zadał, każdy magnes w busoli, każda kropla potu w ładowni… to był test. Musiałeś być odpowiednio złamany, Silas. Hartuje się stal, ale duszę trzeba przeżuć i wypluć, żeby nadawała się do tego, co nadejdzie.
Silas spojrzał na swoje dłonie. Trzęsły się.
— Co to za miejsce? — wychrypiał.
— To pępek świata, który zapomniał o słońcu — Anne wskazała na otwór w suficie. Gwiazdy krwawiły teraz fioletowym blaskiem. — Koniunkcja zaraz się dopełni. Moje łono jest puste, Silas. A twoje oko… ono nie jest artefaktem. To ziarno. Odłamek bóstwa, który potrzebuje gleby, by wykiełkować.
Anne wstała. Była wyższa, niż się wydawało. Jej skóra w świetle gwiazd pulsowała, odsłaniając pod spodem kształty, które nie miały nazw.
— Malakai przyniósł mi twoje cierpienie. Teraz ty przyniesiesz mi moje dziecko. Kogoś, kto odziedziczy mrok twojego oka i moją wieczną nienawiść. Słyszysz ich? Słyszysz te szepty w ciemności?
Silas poczuł, że Źrenica Otchłani zaczyna płonąć tak mocno, że traci wizję w drugim oku. Słyszał je. Tysiące głosów pod pokładem jaskini, drapanie milionów pazurów o fundamenty świata.
— Jeśli myślisz, że włożę w ciebie cokolwiek poza stalą mojego haka, to się mylisz, ty kurewska wiedźmo — warknął Silas, unosząc broń.
Anne uśmiechnęła się szeroko, a jej twarz na moment przypomniała potwora z głębin, którego Silas widział pod stępką „Padliny”.
— Nie masz wyboru, Silas. Przeznaczenie śmierdzi bardziej niż twoja łajba, a ty płyniesz z prądem, nawet o tym nie wiedząc. Spójrz na niebo. Planety już nie są kulami ognia. Są oczami, które patrzą tylko na nas.
Silas spojrzał w górę i krzyknął. Gwiazdy nie świeciły. One się poruszały. Cały nieboskłon zaczął się zwijać jak płótno starego żagla, a z mroku wyłoniło się coś, co sprawiło, że Źrenica w jego oczodole po raz pierwszy zaznała spokoju. Koszmar się dopełnił.
Nagle Anne skoczyła. Jej ruch był zbyt szybki, by ludzkie oko mogło go zarejestrować, ale Zrenica Otchłani wyczuła uderzenie. Zamiast uniku, Silas poczuł, jak włosy kobiety owijają się wokół jego gardła, rąk i nóg, wbijając się w skórę setkami mikroskopijnych haczyków. Rzuciła go na piedestał, przygniatając ciężarem, który wydawał się ważyć tyle, co mamut.
— To ziarno musi zostać zasadzone w krwi — syknęła mu prosto do ucha, a jej język, długi i rozdwojony, polizał jego opaskę.
Anne chwyciła dłoń Silasa – tę, w której wciąż ściskał hak – i z nieludzką siłą skierowała go przeciwko niemu. Silas zawył, gdy zardzewiałe ostrze zagłębiło się w jego własny oczodół, tuż obok tętniącego artefaktu. Źrenica Otchłani zareagowała furią. Skrystalizowana żółć bóstwa zaczęła pękać, wyrzucając z siebie strumienie czarnej, parzącej posoki, która mieszała się z ludzką krwią Silasa.
Anne pochyliła się nad nim, a jej brzuch rozdarł się pionowo, odsłaniając krwawą czerń. Silas poczuł, jak Źrenica wyrywa się z jego czaszki, ciągnąc za sobą nerwy i fragmenty mózgu. Nie było już bólu, był tylko metafizyczny ryk rozrywanego istnienia. Oko, otoczone nimbem fioletowego ognia, wślizgnęło się prosto w otwartą ranę Anne.
W tym momencie grota eksplodowała blaskiem. Załoga „Lewiatana” zaczęła wyć w ekstazie, raniąc swoje ciała do kości. Z lędźwi Anne trysnęła fontanna juchy. Silas, oślepiony, broczący w krwi z pustego oczodołu, czuł, jak jego esencja jest wysysana, jakby stawał się jedynie pustą skorupą, na której wyrosło nowe życie.
W ułamku sekundy, gdy koniunkcja osiągnęła zenit, z Anne wydostało się Coś. Nie był to płacz niemowlęcia, ale dźwięk pękającego lodu na oceanie. Małe, pokryte śluzem i czarnymi włosami stworzenie, o dziesiątkach stawów i jednym, wielkim, żółtym oku pośrodku czoła, spojrzało na Silasa.
— Ojcze… — szept nie dobiegł z ust dziecka, ale prosto z jaźni Silasa.
Anne opadła na kamień, wyczerpana, ale triumfująca. Jej skóra, wcześniej szara, teraz lśniła zdrową bielą, jakby pożarła całą chorobę Silasa.
— Płyniemy — szepnęła, tuląc potwora do piersi. — Świat jest głodny.
Silas leżał na wznak, patrząc jedynym, ludzkim okiem na gwiazdy, które powoli wracały na swoje miejsca. Słyszał, jak „Czarny Lewiatan” rusza z miejsca, krusząc wraki wokół Wyspy Wisielców. Słyszał krzyki Malakaia, którego morze w końcu zaczęło rozrywać na strzępy.
Wiedział, że nie umrze. Nie pozwolą mu. Został fundamentem nowej legendy. Legendy, która nie potrzebowała już płonącej brody, bo miała w sobie prawdziwe słońce otchłani. „Padlina” została z tyłu, gnijąc w spokoju, a on płynął dalej – jako pionek, jako nawóz, jako milczący świadek końca świata.
Morze wzywało. A on, po raz pierwszy w życiu, nie miał odwagi mu odpowiedzieć.
Zapowiada się interesująco trochę psychodelicznie, lekko niepokojąco i czuć że będzie ostro pokręcone. Mam nadzieję że wyjdzie z tego książka, którą z przyjemnością przeczytam.