Bóg Podziemi na gigantycznym kacu
„Weles” to mroczne urban fantasy osadzone w świecie, gdzie pradawni bogowie wciąż żyją wśród nas, ale zamiast rządzić, walczą o przetrwanie w realiach XXI wieku.
Tytułowy bohater, słowiański bóg podziemi, budzi się na kacu w Chicago i szybko odkrywa, że jego problemy z alkoholem to najmniejsze zmartwienie. Ktoś – lub coś – poluje na stare bóstwa, wysysając z nich esencję i zagrażając samej strukturze rzeczywistości.
Podróż przez upadły świat
Zmuszony do działania, Weles wyrusza w podróż, która prowadzi go przez Kair, Warszawę, Berlin aż po Transylwanię. Po drodze kompletuje jedną z najbardziej nietypowych drużyn w historii:
- Tajemniczy i wredny Kot – jedyny sojusznik, który wie więcej, niż mówi.
- Gorgona – znudzona życiem kustoszka, której wzrok wciąż bywa zabójczy.
- Wład Palownik – legenda, która zmaga się z własnymi, krwawymi demonami (i próbą zachowania trzeźwości).
Co znajdziesz w środku?
To opowieść o upadłych mitach, długu u diabła i walce z siłą starszą niż sam czas. Wszystko to podlane solidną dawką czarnego humoru, cynizmu i klimatu noir.
W świecie Welesa magia miesza się z brudem wielkich miast, a apokalipsa może nadejść w rytmie disco polo.
W komentarzu napisz jaką chcesz dedykację- każdy egzemplarz jest indywidualnie podpisywany, oraz dedykowany. Podpisany własnoręcznie, oraz sygnowany autorską pieczęcią.
Przeczytaj darmowy fragment:
Chicago o tej porze roku śmierdziało jak mokry popielnik. Zaułek, w którym odzyskał przytomność, był tego najlepszym przykładem – cuchnął mieszanką gnijących resztek z chińskiej knajpy, namokniętego kartonu i taniego wina, które ktoś zwrócił na beton dobrą godzinę temu.
Deszcz nie pomagał. Zamiast zmywać ten syf, mieszał go z miejską sadzą i olejem silnikowym, zamieniając ulicę w koryto pełne czarnej, lśniącej brei.
Weles leżał na plecach w samym środku tej kałuży. Lodowata woda powoli, z sadystyczną cierpliwością przesiąkała przez skórzaną kurtkę, drażniąc skórę na łopatkach.
Zimne krople bębniły w zamknięte powieki, wybijając rytm narastającego bólu głowy.
Jego stan wskazywał jednoznacznie, że wczorajsza noc nie była po prostu „dobra”. Była katastrofą. Była jedną z tych imprez, o których słowiańscy pieśniarze milczą, bo nawet im byłoby wstyd układać o tym ballady.
Pamiętał mgliście jakiś bar na Jackowie, zakład o duszę (czyją? swoją?), a potem już tylko ciemność i smak asfaltu.
Pierwszym sygnałem powrotu do świata żywych nie był jednak pulsujący ból czaszki, przypominający wbijanie gwoździa w potylicę.
To było coś znacznie gorszego. Coś fizycznego i upokarzającego. Poczuł ciepły, rytmiczny strumień, który z bezczelną precyzją uderzał w jego mostek.
Ciecz wsiąkała w brudną koszulę i rozlewała się nieprzyjemnym gorącem po zziębniętej klatce piersiowej.
Rozkleił jedno oko. Powieka ważyła tonę. Obraz był zamazany, jakby patrzył przez brudną, zaparowaną szybę.
Zamrugał kilka razy, walcząc z ostrością. Otworzył drugie.
Nad nim, siedząc mu na piersiach z miną imperatora na tronie, tkwił czarny kot.
Zwierzę patrzyło mu prosto w oczy z absolutnym, niczym niezmąconym spokojem, kończąc opróżniać pęcherz na koszulkę słowiańskiego bóstwa podziemi, magii i przysiąg.
Sierściuch wyglądał tak, jakby to, co właśnie robił – czyli bezczelne sikanie na istotę nadprzyrodzoną – było nie tylko w pełni uzasadnione, ale wręcz konieczne dla zachowania równowagi energetycznej we wszechświecie.
Weles dźwignął się na łokciach, zrzucając zwierzę z siebie gwałtownym ruchem. Przez jego twarz przemknęła kawalkada emocji: od tępego niezrozumienia, przez głębokie obrzydzenie, aż po furię, od której w dawnych czasach usychały plony.
– To ma być ta wasza wielka, boska interwencja?! – ryknął w stronę ołowianego nieba. Jego głos, zazwyczaj głęboki i władczy, teraz zachrypiał jak stary silnik diesla odpalany na mrozie. – Tyle lat służby… Tyle dusz przeprowadzonych na drugą stronę… I co? Obszczany przez pieprzonego dachowca w ślepym zaułku?!
Machnął ręką, chcąc zdzielić zwierzę. W normalnych okolicznościach ten gest posłałby kota na orbitę. Ale Weles był słaby. Jego cios był powolny, pozbawiony gracji. Kot odskoczył z irytującą lekkością, jakby przewidział ten ruch trzy sekundy wcześniej. Wylądował miękko na jedynym suchym fragmencie krawężnika, ani na chwilę nie spuszczając z Welesa wzroku.
W tych żółtych ślepiach było coś nienaturalnego. Nie było tam strachu, który zwykle czują zwierzęta w obecności bóstw. Była tam kpiąca wyższość. Mieszanka złośliwości i znudzenia, jaką można zobaczyć w oczach urzędnika skarbowego, który właśnie znalazł błąd w twoim zeznaniu podatkowym i zamierza cię zniszczyć dla sportu.
Ten cholerny kot wiedział coś, czego Weles nie wiedział. I bawił się tym setnie.
pobranie pliku (rozpoczęcie spełniania świadczenia) spowoduje utratę prawa do odstąpienia od umowy



Opinie
Na razie nie ma opinii o produkcie.