Patryk Olszewski

O AUTORZE

SŁOWIAŃSKIE MITY, CZARNY HUMOR I ZERO PATOSU

Nazywam się Patryk Olszewski.

Piszę dla tych, którzy wiedzą, że życie to nie bajka Disney’a. W moich książkach sarkazm jest drugim językiem urzędowym, a bogowie rzadziej ciskają piorunami, a częściej klną na rzeczywistość.

Łączę brudny klimat Noir z mitologią, bo uważam, że nic tak nie pasuje do prastarych bóstw, jak kac i cynizm. Jeśli szukasz historii, która Cię rozbawi, ale też przeczołga przez błoto – jesteś w dobrym miejscu.

MITOLOGIA

BEZ CENZURY I LUKRU

Starzy bogowie w nowoczesnym wydaniu. Piją, klną i popełniają błędy gorsze niż śmiertelnicy.

BEZ GRANIC

OD CHICAGO PO KRAŃCE ŚWIATA

Kac zaczyna się na Jackowie, ale intryga rozlewa się po całym globie. Weles podróżuje przez kontynenty, wszędzie zostawiając chaos.

SARKAZM

HUMOR CZARNY JAK KAWA

Bo kiedy jesteś upadłym bóstwem z kacem gigantem, pozostaje Ci tylko śmiać się losowi w twarz.

BIBLIOGRAFIA

WELES. TOM 1

Weles- Tom 1 (Bogowie z Odzysku) [Urban Fantasy] Z indywidualną dedykacją.

50,00 

Słowiański bóg podziemi budzi się na kacu w Chicago i odkrywa, że ktoś poluje na stare bóstwa.

Weles: Tom 1 to mroczne urban fantasy, gdzie magia miesza się z zapachem taniej wódki, a apokalipsa może nadejść w rytmie disco polo.
Wyrusz w podróż od Jackowa przez Kair aż po Transylwanię z drużyną, której nie chciałbyś spotkać w ciemnym zaułku.

Jeśli lubisz książki Jakuba Ćwieka, lub Neil Gaimana, to przypadnie Ci do gustu.
Powieść doprawiona czarnym humorem i klimatem noir.

Przeczytaj darmowy fragment:
Chicago o tej porze roku śmierdziało jak mokry popielnik. Zaułek, w którym odzyskał przytomność, był tego najlepszym przykładem – cuchnął mieszanką gnijących resztek z chińskiej knajpy, namokniętego kartonu i taniego wina, które ktoś zwrócił na beton dobrą godzinę temu.
Deszcz nie pomagał. Zamiast zmywać ten syf, mieszał go z miejską sadzą i olejem silnikowym, zamieniając ulicę w koryto pełne czarnej, lśniącej brei.
Weles leżał na plecach w samym środku tej kałuży. Lodowata woda powoli, z sadystyczną cierpliwością przesiąkała przez skórzaną kurtkę, drażniąc skórę na łopatkach.
Zimne krople bębniły w zamknięte powieki, wybijając rytm narastającego bólu głowy.
Jego stan wskazywał jednoznacznie, że wczorajsza noc nie była po prostu „dobra”. Była katastrofą. Była jedną z tych imprez, o których słowiańscy pieśniarze milczą, bo nawet im byłoby wstyd układać o tym ballady.
Pamiętał mgliście jakiś bar na Jackowie, zakład o duszę (czyją? swoją?), a potem już tylko ciemność i smak asfaltu.
Pierwszym sygnałem powrotu do świata żywych nie był jednak pulsujący ból czaszki, przypominający wbijanie gwoździa w potylicę.
To było coś znacznie gorszego. Coś fizycznego i upokarzającego. Poczuł ciepły, rytmiczny strumień, który z bezczelną precyzją uderzał w jego mostek.
Ciecz wsiąkała w brudną koszulę i rozlewała się nieprzyjemnym gorącem po zziębniętej klatce piersiowej.
Rozkleił jedno oko. Powieka ważyła tonę. Obraz był zamazany, jakby patrzył przez brudną, zaparowaną szybę.
Zamrugał kilka razy, walcząc z ostrością. Otworzył drugie.
Nad nim, siedząc mu na piersiach z miną imperatora na tronie, tkwił czarny kot.
Zwierzę patrzyło mu prosto w oczy z absolutnym, niczym niezmąconym spokojem, kończąc opróżniać pęcherz na koszulkę słowiańskiego bóstwa podziemi, magii i przysiąg.
Sierściuch wyglądał tak, jakby to, co właśnie robił – czyli bezczelne sikanie na istotę nadprzyrodzoną – było nie tylko w pełni uzasadnione, ale wręcz konieczne dla zachowania równowagi energetycznej we wszechświecie.
Weles dźwignął się na łokciach, zrzucając zwierzę z siebie gwałtownym ruchem. Przez jego twarz przemknęła kawalkada emocji: od tępego niezrozumienia, przez głębokie obrzydzenie, aż po furię, od której w dawnych czasach usychały plony.
– To ma być ta wasza wielka, boska interwencja?! – ryknął w stronę ołowianego nieba. Jego głos, zazwyczaj głęboki i władczy, teraz zachrypiał jak stary silnik diesla odpalany na mrozie. – Tyle lat służby… Tyle dusz przeprowadzonych na drugą stronę… I co? Obszczany przez pieprzonego dachowca w ślepym zaułku?!
Machnął ręką, chcąc zdzielić zwierzę. W normalnych okolicznościach ten gest posłałby kota na orbitę. Ale Weles był słaby. Jego cios był powolny, pozbawiony gracji. Kot odskoczył z irytującą lekkością, jakby przewidział ten ruch trzy sekundy wcześniej. Wylądował miękko na jedynym suchym fragmencie krawężnika, ani na chwilę nie spuszczając z Welesa wzroku.
W tych żółtych ślepiach było coś nienaturalnego. Nie było tam strachu, który zwykle czują zwierzęta w obecności bóstw. Była tam kpiąca wyższość. Mieszanka złośliwości i znudzenia, jaką można zobaczyć w oczach urzędnika skarbowego, który właśnie znalazł błąd w twoim zeznaniu podatkowym i zamierza cię zniszczyć dla sportu.
Ten cholerny kot wiedział coś, czego Weles nie wiedział. I bawił się tym setnie.

Masz pytania? [Napisz do mnie]

297 w magazynie (może być zamówiony)